Polityka rolna w Polsce w latach 1948-1956

Polskie rolnictwo po II wojnie światowej miało dużo więcej szczęścia niż handel prywatny – za jego upaństwowienie komuniści wzięli się zdecydowanie później.

Proces kolektywizacji miał sprawić, że to państwo będzie kontrolowało w całości ten dział gospodarki. Kolektywizacja polega na tym, że pod przymusem łączy się gospodarstwa indywidualne, prywatne w ogromne spółdzielnie. Historia ościennych państw pokazała, że proces ten był często gwoździem do trumny dla zaopatrzenia żywnościowego danego kraju. Wystarczy wspomnieć wielki głód na Ukrainie w latach 30., który był właśnie efektem masowej kolektywizacji.

Fakty i doświadczenia historyczne nie miały jednak znaczenia. Józef Stalin żądał szybkiego skolektywizowania rolnictwa we wszystkich krajach komunistycznych. Rządzący nad Wisłą nie mieli innego wyjścia, jak wcielić w życie polecenia z Moskwy.

Natarcie propagandy

Komuniści spodziewali się oporu przed kolektywizacją ze strony chłopów – zwłaszcza tych bogatszych, lepiej gospodarujących. Nadzieję upatrywano w biedniejszej warstwie, która nie miała nic do stracenia i mogła wspomóc cały proces. Aby przekonać ją jednak do słuszności kolektywizacji, konieczne było uruchomienie ulubionego narzędzia wszystkich totalitaryzmów – propagandy.

Nadwiślańscy komuniści nie byli zbyt pomysłowi – skopiowali to, co wymyślili ich sowieccy koledzy. Ostrze propagandy skierowane było w najbogatszych właścicieli ziemskich, którzy stali kułakami. Bogaci chłopi mieli być sprawcami wszystkich nieszczęść, przedstawiano ich jako tych, którzy są w stanie niszczyć swoje plony tylko po to, aby nie przekazać ich na rzecz swojej socjalistycznej ojczyzny. Takich chłopów należało „rozkułaczyć” – pozbawić majątku, wcielić ich ziemie do państwowych gospodarstw rolnych (PGRów) lub do spółdzielni.

Skutki propagandy

Akcja propagandowa, rozpoczęta w 1951 roku, nie przyniosła oczekiwanych rezultatów. Pewnie wszystko przez to, że jej przekaz był kompletnie nietrafiony. Kułaków w Polsce było wtedy zaledwie 0,5 proc. i trudno było winić tę grupę za wszelkie nieszczęścia. Dodatkowe szykany, które spotykały najbogatszych chłopów, miały skutek odwrotny od zamierzonego – mieszkańcy wsi, zamiast nienawidzić przedstawicieli tej grupy, solidaryzowali się z nimi, często też okazywali współczucie.

Przywileje dla skolektywizowanych

Propaganda nie była jedynym orężem w rękach komunistów. Do kolektywizacji miały przekonać chłopów przywileje, które wiązały się z byciem członkiem spółdzielni. Przejawiało się to w tym, że podstawowe narzędzia pracy w rolnictwie – maszyny, nawozy i ciągniki rolnicze trafiały tylko do PGRów oraz spółdzielni produkcyjnych – przy pośrednictwie Państwowych Ośrodków Maszynowych.

Dąb Kocioł minister rolnictwa 1947
Minister rolnictwa i reformy rolnych Jan Dąb Kocioł (1947-1957)

Ostateczne wyniki kolektywizacji

Zmasowana propaganda, ogromne przywileje nie przyśpieszyły w żadnym stopniu kolektywizacji. Władze komunistyczne poniosły na tym polu klęskę, gdyż do 1955 roku powstało 10 tys. spółdzielni produkcyjnych, skupiających zaledwie 9 proc. polskich rolników.

Wsparcie państwa tych form organizacji rolnictwa nie przekładało się na wydajność ich pracy. Spółdzielnie, opływające w przywileje, osiągały zdecydowanie gorsze wyniki niż gospodarstwa prywatne, które były przez władze notorycznie szykanowane – pozbawione najważniejszych narzędzi, nawozów.

Proces kolektywizacji odbił się również negatywnie na rynku żywności. Na szczęście scenariusz ukraiński się nie powtórzył, ale mimo wszystko zaopatrzenie żywnościowe kraju było dużo gorsze niż w latach wcześniejszych. Wiele żywności marnowało się przez to, że centralnie sterowano dosłownie wszystkim, tj. procesem transportu, przetwórstwa oraz dystrybucji.

Źródło: W. Pronobis, Polska i świat w XX wieku

Fot. Narodowe Archiwum Cyfrowe, domena publiczna